sobota, 9 stycznia 2016

Moje zycie zmienio sie wlasnie w Sylwestra, a moze kilka dni przed.....

Rok 2015 patrzac z perspektywy czasu. byl dla mnie szkola życia, nie chcialabym go powtarzac, przezyc jeszcze raz.... Ogolnie zaczal sie wspaniale, mialam przy sobie mezczyzne z ktorym chcialam byc do konca zycia, z ktorym mialam plany, wspolne marzenia.... Bylam najszczesliwsza kobieta na swiecie, nie pragnelam nic wiecej, naprawde nic wiecej, bo wszystko co moglam chciec to szczescie, ktore on mi dawal.... Pierwszy raz w zyciu czulam sie szczesliwa, dzieki temu uwazalam, ze wyjazd za granice byl najlepsza decyzja w moim zyciu...

Kilka miesiecy pozniej facet mojego zycia zostawil mnie z jedna walizka ubran do zycia, bez pracy, dachu nad glowa i w innym kraju, ale udalo mi sie tutaj wrocic, kazdy mi mowil: badz silna.... Tylko jak byc silnym jesli jest sie samemu? Jesli wokol nie zna sie nikogo, nie ma do kogo sie odezwac, nie ma z kim porozmawiac... Przyjezdza sie do nowego miejsca, nowi ludzie, nowa praca, nowe miasto, jak zyc....Wtedy upadlam bardzo nisko, tak nisko jak jeszcze nigdy w swoim zyciu... Kiedys ktos mi powiedzial.... Ile razy jeszcze musisz upasc, zeby cos zrozumiec...? Zaczelam pic, ale nie tak jak czasami pije sie z rozpaczy czy innego powodu, pilam coraz wiecej, imprezowalam wiecej, probowalam stanac na nogi, ale dalej brnelam w alkohol. To on pomagal mi zyc, to on powodowal, ze nie myslalam o problemach, ze potrafilam normalnie polozyc sie spac.... a nie siedziec kilkanascie dni bez snu, wiec uwazalam, ze mi pomaga.... Rano i tak lapalam dola, jadac do pracy plakalam.... Myslalam o swoim zyciu i o tym, z ejestem sama. Odrzucalam od siebie facetow, nie pozwalalm im sie zblizac... Nie chcialam sie angazowac, nie chcialam cierpiec... Czulam, ze wciaz kocham tamtego czlowieka, czlowieka, ktory sprawil, ze nie chcialam juz zyc.... Mowilam to znajomym, mowilam, ze nie chce budzic sie rano, ze nie mam po co otwierac oczu, po co chodzic do pracy, ale bylui przy mnie... Byli i ci blizsi i ci nowi znajomi, dziekuje im, ze po 3 miesiacach zmadrzalam, przemyslalam, ze znowu chcialam zyc...

Pozniej poznalam kolejnego faceta, poznawalam ich wielu, ale ten cos w sobie mial.... Rzucilam dla niego wszytsko, rzucilam dla niego swoje zycie, prace, przyjaciol, miasto ktore pokochalam... Dlaczego...? Chyba dlatego, ze chcialam zaczac zyc normalnie, chcialam byc szczesliwa i miec plany takie jak mialam z Kuba, chcialam stworzyc prawdziwy zwiazek oparty na zaufaniu, chcialabym miec kiedys dzieci, stworzyc rodzine, zyc.... nie tylko istniec....

Ten zwiazek bardzo szybko okazal sie kolejna pomyka, ciagle awanury, nie wracanie prosto z pracy do domu, nieodbieranie telefonow, my nawet nie rozmawialismy, chyba nie mielismy o czym, potem slowa, ze teskni za swoja byla, ze zawsze bedzie ja kochal... Moje dwie proby wyprowadzki, wracalam.... Nie wiem wlasciwie po co... Moze chcialam to ratowac, moze nie chcialam ciagle probowac i zaczynac od nowa, nie chcialam juz nikogo nowego poznawac... Jelsi dwoje ludzi chce, zawsze sie dogada, na wszystko potrzeba czasu, ale i checi..

Drugi raz w zyciu zostawil mnie facet, tylko tym razem jakos tego nie przezywalam, uodpornilam sie, a moze po prostu nie byl dla mnie nikim waznym.... Znowu nowe miasto, nowa praca i nowi ludzi i On.... Facet do ktorego dostalam nr od znajomej jako prezent na swieta....

Po pierwszej rozmowie przez telefon nie maialm ochoty wiecej z nim rozmawiac, ale w koncu pojechalam do niego na Sylwestra i nie zaluje... Poznalam naprawde madrego, sympatycznego faceta, nie zadnego cwaniaka, tylko mezczyzne, ktory twardo stapa po ziemi...

Sylwestra sedzilismy w domu z jego znajomymi,  dwa kolejne wieczory spacerowalismy po Londynie i chyba wtedy poczulam w sobie takie cieplo, cieplo szczescia.... To jak spacerowalismy, rozmawialismy... przytulalismy sie, bardzo mi tego brakowalo, takiego szczerego ciepla, ktore moglby mi ktos dac....

Potem on przyjechal do mnie, spacerowalismy po plazy, robilismy zdjecia, smialismy sie.... i tak minelo nam 6 cudownych dni...